Nasz umysł to maksymalista. Opowieścią, którą szczególnie lubi nas zaczarowywać jest ta, że albo coś zrobimy na 100% albo to się w ogóle nie liczy. I to właśnie ta opowieść zaskakująco często wytrąca nas z trajektorii naszego dobrego życia (zamiast nas ku niemu kierować). Bierzemy się za jakiś nawyk – udaje nam się w 100% zrealizować go raz lub drugi, a potem porzucamy go na długie tygodnie.
Nasz dobrostan ufundowany jest na regularności i spójności. Nie na dużych zrywach lub wielkich deklaracjach. Karmią go przede wszystkim małe i troszkę większe nawyki powtarzane codziennie. Dobrostan to przewidywalność i poczucie, że możemy brać samych siebie na poważnie. W życiu po traumie ta powtarzalność jest szczególnie ważna. Buduje ona nasze wewnętrzne granice i – przede wszystkim – pozwala nie wpaść w wir unikania tego, co mogłoby nas najbardziej w naszym zdrowieniu wesprzeć (pamiętacie odcinek „Ładnie o traumie” o traumie i higienie osobistej? o takim unikaniu m.in. mowa).
Pomyślałam więc, że napiszę Wam dziś o tym, co sprawdza się w moim życiu, jeśli chodzi o budowanie wspomnianej wyżej przewidywalności i regularności. To coś, co nazwałam sobie na własne potrzeby „planem minimum” (ale bądźmy szczerzy – najpewniej nie ja ukułam ten termin w odniesieniu do dobrostanu). Plan minimum to umówienie się z samą sobą na codzienną realizację minimalnych nawyków sprzyjających mojemu dobrostanowi. Nie chodzi o autodeklarację, że będę je wszystkie robić na 100%. Chodzi o taki ich zakres, który zmieści dosłownie każdy dzień (czyli minimalny). Czyli o nieprzerwane, regularne minimum. Mniej niż bym sobie życzyła, ale dużo więcej niż gdybym po optymistycznym zrywie porzuciła moją rutynę.
Mam umowę sama ze sobą na napisanie choć jednego zdania dziennie w dzienniku (kończy się często na dwóch stronach, ale tak to działa właśnie). Mam maleńki zestaw ćwiczeń, które towarzyszą każdemu wyjściu spod prysznica (dosłownie 3 minuty każdego dnia). Zdecydowałam się zawsze wbiegać po schodach (bo wiem, że nie uda mi wyjść i pobiegać codziennie). Jest umowa o jedzenie błonnika, minimalnie (ale błonnik jest super, więc kończę z toną błonnika na talerzu). Jest codziennie medytacja Jamesa Doty’ego, w najkrótszej wersji – kilku minut (bywa że zajmuje mi pół godziny, bo tak ją uwielbiam). Codziennie czytam choć jedną stronę powieści (kończy się na wielu stronach, ale do czytania chyba nie są mi potrzebne żadne umowy). Jest krótki zimny prysznic, zawsze (od 14 lat). Jest sms do ważnej osoby. Jest zapytanie sobie o intencję każdego dnia. Etc. etc.
Plan minimum jest tak maleńki, że mój umysł nie zdąży nawet przed jego realizacją zaprotestować. Plan minimum po latach staje się za to moją tożsamością. Maleńkie nawyki rozrastają się w sieci dłuższych dobrych praktyk i stają się ważnym elementem mojego obrazu siebie. Gdy jednak życie staje się chaotyczne i gęste, mogę wrócić do wcześniejszego minimum. Bez rozpaczy, bez poczucia porażki. Minimum to wystarczająco, jeśli robię to tak wiele lat nieprzerwanie.
Po latach pracy gabinetowej i – co rownie istotne – wieloletniego zaglądania do mojego własnego świata wewnętrznego nauczyłam się, że rozumienie siebie to część zdrowienia (i naszego rozkwitu). Równie ważną jego częścią jest opisana powyżej spójność. Maleńkie kroki i następujące po nich kolejne maleńkie kroki. Nieustannie. Z uszanowaniem tego, że życie nie zawsze pozwala na maksimum (a nawet medium). I tego, że moje ciało, mój umysł, moja dusza potrzebują mojej sprawczości (a nie tylko rozmyślania o niej).
Trzymam za Was w Waszych planach minimum (medium i maksimum) kciuki.
Sabina